Lubie haslo pod tytulem: nie boje sie smierci, co najwyzej umierania, bo gdy przyjdzie smierc, mnie juz nie bedzie.
Generalnie najgorsze, co moze mnie czekac po smierci, gdyby zaden dogmat sie nie sprawdzil, to brak mojej egzystencji, czyli slowem - nieistnienie.
Popatrzmy... ziemia zostala stworzona z 4 miliardy lat temu. Przez te 4 miliardy nie istnialem i wcale nie bylo mi z tym zle. Jezeli to sie stanie po smierci, to wcale nie jest to taka straszna perspektywa.
Poza tym nie wiem, czy wspominano, ale oprocz tzw. Praw Koscielnych istnieje tak zwane ludzkie prawo naturalne, ktore okresla nasz stosunek do istnien. Zauwaz, ze wiekszosc religii bazuje glownie na tym prawie. Zmieniaja sie jedynie nazwy, ceremonie, obrzedy, ktore to odrozniaja Buddystow/Zydow/Chrzescijan. Podstawa jest ta sama, czyli szacunek dla zycia... i generalnie bycie dobrym czlowiekiem. Uwazam, ze jezeli #_Name_of_god jest dobry, to nie bedzie sie kierowal kryteriami religii jego wyznawcow, a tym, jak zyli i jacy potrafili byc. Dlatego niewierzac, przestrzegajac humanitaryzmu i praw istot zywych, ateista moze miec i wieksze szanse na "dostanie sie do Raju", niz wierzacy hipokryta (jak to fajnie brzmi).
M.I.R.A.S - Szatan nie jest wierzacy. Wedlug teologow, wiara w cos od wiary w czyjes istnienie rozni sie dosc znacznie :]. Tj. mozna wierzyc, ze cos istnieje, ale wiara w #_Name_of_God pociaga za soba juz kult #_Name_of_God.
Wracajac do "szacunku religijnego". Zauwazylem, ze wiele ludzi jest bardzo przeczulonych... Potrafia oni byc do tego stopnia oszolomami, ze kazda negatywna sentencje wypowiedziana pod adresem swojej religii, traktuja jako atak i obraze, co czesto spala na panewce wszystkie obiektywne dyskusje.
Jest pewna roznica, pomiedzy uargumentowanymi opiniami, a bezposrednim atakiem na wyznawce religii ;]
A jesli chodzi o Kosciol, to najlepiej nie wytykac bledow ludziom, ktorzy go tworza, tylko przyjrzec sie samemu sobie... o ile sie z nim utozsamia.